niedziela, 12 lutego 2012

Powiedz, Puchatku – rzekł wreszcie Prosiaczek – co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
– Mówię: „Co też dziś będzie na śniadanie?” – odpowiedział Puchatek. – A co ty mówisz, Prosiaczku?
– Ja mówię: „Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego”.
Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
– To na jedno wychodzi – powiedział.

 

Kubuś Puchatek” Alana Alexandra Milne'a

 

 

I tak jak ja Tego Pierwszego Dnia Po Sesji, otworzyłam oczy i od razu uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że będę mogła spokojnie zrobić dziś to, na co mam ochotę bez tego nieprzyjemnego uczucia w żołądku, że „zostało mi jeszcze tyle tematów do ogarnięcia na egzamin”.

 

Wtedy w żołądku pojawia się inne uczucie – jeszcze to nie jest głód – które najczęściej gości tam, kiedy masz możliwości spełnienia swoich marzeń. Oczywiście nie chodzi tu o wielkie czyny z gatunku „kariera piosenkarki/ aktorki/ modelki”. Chodzi raczej o to przekonanie, że ma się nieograniczone możliwości przed sobą. Nagle mogłabym zarówno cały dzień grać na pianinie, czytać książkę w zaciszu kominka, rysować, pisać (np. zająć się Walką w Kuchni) czy siedzieć w kuchni i tworzyć nowe cuda, które miałyby podbić kubki smakowe domowników. I to wszystko bez cienia wyrzutów, że powinnam się uczyć.

 

Takie uczucie mam zawsze, kiedy kończy się sesja. Wszystko pt.: „Zrobię, tylko po ostatnim egzaminie” nagle zwala się na głowę, która aż pulsuje od wzbierającej energii.

 

Wówczas zrywam się z łóżka bladym świtem, między 9 a 10 do południa, wskakuję w mój cieplutki szlafrok, zakładam mięciutkie kapcie i zbiegam do kuchni, gdzie panuje cisza. Wszyscy albo w pracy, albo w szkole. Kręcę głową – śmiać się, czy płakać? Termometr się zaciął – wciąż ponad 20 stopni na minusie. Za to przynajmniej śniegu sporo, który cudownie mieni się w słońcu i chrzęści pod nogami. Tyle chociaż z tego mrozu mamy.

 

Kiedy już upiłam pierwszy łyk kawy i obudziłam do reszty moje zmysły – kreatywność skrystalizowała się w pomysł. Oczywiście kulinarny.

Sałatka.

Jak szaleć, to szaleć – będzie smaczna, zdrowa i zupełnie inna niż te, które znają domownicy, bo w tonacji zieleni.

 sałatka ryżowa

 

Ryżowa sałatka w kolorach ziemi

 

Składniki:

  • 2 torebki ryżu brązowego
  • 1 awokado (dojrzałe)
  • puszka tuńczyka
  • opakowanie mozzarelli
  • rukola
  • natka pietruszki
  • 1/3 szklanka oliwy z oliwek
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • (opcjonalnie ocet balsamiczny)
  • sól, pieprz i troszkę cukru do smaku

 

Do dzieła:

  1. Ryż ugotowałam (30 minut w 2 litrach wody) i ostudziłam.

  2. W czasie, gdy ryż się studził – pokroiłam w kostkę awokado, mozzarellę, tuńczyka rozdrobniłam i posiekałam rukolę i pietruszkę.

  3. Połączyłam składniki z ryżem i zrobiłam tzw. dressing: do oliwy dodałam sok z cytryny, sól, pieprz i cukier. Kiedy spróbowałam go, był dla mnie trochę mało wyrazisty, więc „kapnęłam” octu do niego. Ja lubię wyraziste dania, więc najlepiej spróbować przed dodaniem o sałatki i dodać jeszcze więcej tego, co uważamy za konieczne.

  4. Dressing połączyłam z pozostałymi składnikami i włożyłam na 30 minut do lodówki. Teraz widzę, że na drugi dzień jest lepsza, kiedy składniki się „przegryzły”.

 

sałatka ryżowa

 

Sałatka jest delikatna, bo nie ma w sobie zawiesistości i ciężkości, którą powoduje majonez czy śmietana. Oliwa jest bardzo zdrowa i do tego naprawdę świetnie komponuje się z ryżem, o czym nie miałam pojęcia, dopóki nie spróbowałam kiedyś tego zestawu przez przypadek. Teraz jest jednym z ulubionych połączeń smakowych.

 

Ta sałatka to był strzał w dziesiątkę tego mroźnego poranka. Awokado, które otula swoją „mazistością” wszystko, z czym się zetknie, tuńczyk, który zlewa się kolorystycznie z ryżem i soczysta zieleń rukoli i pietruszki. Obłędna!

 

piątek, 20 stycznia 2012

Czy mózg dopalać, czy też nie dopalać? Jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą iść na egzamin po zarwanej nocy, z mózgiem zaćmionym, lecz nie wspomaganym, czy w chemikaliach poszukać pomocy? Czy rok zawalić, czy zapłacić zdrowiem za szybki sukces? Ja ci nie podpowiem. 

Jerzy Vetulani: "Mózg: fascynacje, problemy, tajemnice"

 

To kto mi odpowie? Ja już miałam przejścia ze szpitalem i usłyszałam diagnozę z gatunku: wyczerpanie, przesilenie i tego typu. Zawsze w sesji, kiedy to człowiek staje na głowie, by pochłonąć materiał z połowy roku w ciągu kilku dni. Jeśli nie próbowaliście - spróbujcie raz, tak, żeby nie było, że nie poznaliście prawdziwego oblicza legendarnej sesji. Za drugim razem już nie jest tak wesoło. 

Ale sesji jeszcze nie ma, mimo iż na horyzoncie już się pojawiło jej mordercze widmo. Niektórzy jednak go dostrzegają...

Tymczasem nadszedł piątek. Próbuję się zebrać w sobie do napisania czegoś sensownego po zaledwie trzech godzinach snu. U mnie - jak widać - pierwszy zwiastun sesji. Drugi siedzi w żołądku i ściska go od środka, by mnie nie kusiły relaksacyjne formy wypoczynku. A trzeci oczywiście ulokował się w mojej głowie, i to on, szara eminencja mojego samopoczucia kieruje całym mechanizmem, by mnie zmobilizować do nadnaturalnego wysiłku umysłowego. No i masz! Do po piątej nad ranem o jednej kawie – czyli system motywujący działa.

Zmęczona po zajęciach siadam przed otępiającym telewizorem i bezmyślnie wpatruję się w ekran. Zazwyczaj tego nie robię, więc jest to kolejny zwiastun sesji – odruch wymiotny na myśl o powrocie do nauki, ale jakoś mam przeczucie, że jak się położę i zasnę, obudzę się późno w nocy. A na takie burżujstwo nie mogę sobie pozwolić. Dlatego wybieram wersję pośrednią – najgorszą z możliwych (TV).

Energicznie otrzepuję się z amoku i postanawiam, że czas zamienić ten całkowicie bezproduktywny sposób spędzenia czasu (nawet zaryzykowałabym określenie: destrukcyjny) na coś, co nie będzie nauką, ale będzie produkcją i udaję się do kuchni.

Kolejna kawa, którą wypiłam w błyskawicznym tempie przed telewizorem spowodowała, że zrezygnowałam z przygotowania czegoś, co przypominałoby posiłek. Jeść jednak trzeba, więc zdecydowałam się na wersję "pomiędzy".

W lodówce znalazłam gotowe ciasto francuskie i pomyślałam, że to może być dobry początek. Myśląc (o wiele dłużej niż zazwyczaj) na co miałabym ochotę... Wróć: myśląc, co odrzuca mnie najmniej, sięgnęłam po serek do smarowania ze szczypiorkiem i w głowie zakwitnął mi pomysł...

 francuskie paszteciki

 

francuskie paszteciki

Składniki:

  • ciasto francuskie (gotowe, niemrożone)
  • kostka sera żółtego
  • opakowanie serka do smarowania (ulubiony smak, u mnie ze szczypiorkiem)
  • oliwki (bez pestek)


Wykonanie:


1. Ścieramy ser żółty na grubych oczkach
2. Rozwijamy płat ciasta francuskiego i rozkładamy ser równomiernie, nie za grubo, by nie powyciekał.
3. Na ser smarujemy serek do smarowania o ulubionym smaku. Też nie za grubo.
4. w równych odstępach kładziemy po oliwce (lub połówce, jak wolimy). Tak co 2,5 cm.
5. Ostrożnie i ciasno zwijamy ciasto od tej szerszej strony. Po jednym "obrocie", odcinamy rulonik nożem. I tworzymy kolejne ruloniki (ok 5.)
6. Każdy rulonik tniemy na kawałeczki tak, by w każdym kawałeczku była oliwka.
7. Staramy się każdy pasztecik "zamknąć" z obu stron (zakleić), by nadzienie nie wypłynęło - kształtem będą przypominały małe poduszeczki.
8. Wkładamy je do piekarnika nagrzanego do 190*C na 15-20 min., aż się zrumienią.

 

Usiadłam przy stole. Przede mną leżały paszteciki, jeszcze ciepłe i pachniały obłędnie. Pochłonęłam od razu trzy i stwierdziłam, że mój żołądek chętnie przyjmie kolejne trzy, które zabrałam ze sobą o pokoju. Nie zachciało mi się od nich uczyć; zapał do nauki wcale nie wzrósł. Ale energia, której mi dostarczyły dodała mi siły, by samą siebie przekonać o konieczności powrotu do nauki, choć naprawdę już mnie od niej odrzucało...

* * *

Jak widzicie wygląd bloga znów się zmienił. Nic nie poradzę, remont był. A jak był remont, to zdarzyć się mogło wszystko. I tak się akurat złożyło, że wszystko się zmieniło.

Za to "wszystko", jestem niezmiernie wdzięczna Emilce, która z ogromnym zaangażowaniem zabrała się za poprawę wyglądu mojego bloga. Nie jestem w tych sprawach ekspertem, więc dotychczas robiłam, co mogłam, by było estetycznie. Teraz jest jednak nie tylko estetycznie, ale i profesjonalnie. Nowa szata bardzo mi się podoba. A Wam? Mam taką nadzieję!

sobota, 14 stycznia 2012

„... prawdziwa przemiana następuje spontanicznie. (...) ... staje się w mgnieniu oka, w tej właśnie chwili, kiedy w najgłębszym zakątku swego serca postanawiasz podnieść życie na wyższy poziom. Stajesz się wtedy zupełnie odmienioną osobą, która właśnie wyruszyła w kierunku swojego przeznaczenia.”

 

Robin S. Sharma “Mnich, który sprzedał swoje ferrari”

 

 

Jak widać, Walka w Kuchni zmienia się. Zapowiadałam już tę przemianę. Były też inne obietnice, ale jak zwykle coś musiało mi stanąć na drodze. Zmiany jednak są bardzo potrzebne. Odświeżają nam to, co stoi i zbiera kurz i praktycznie zlało się już z otoczeniem, a co za tym idzie – staje się gratem, bez którego – a to ci niespodzianka! - możemy funkcjonować. Kiedy to jednak odświeżymy – w każdym tego słowa znaczeniu – staje się dla nas interesujące i tak wartościowe, jakby było nowością. Dlatego, aby na nowo zapalić się do pisania tego bloga – a widziałam, że z zapałem było krucho – pojawiła się nowa szata graficzna. Co prawda nie jest do końca ukończona, ale już teraz dziękuję Emilce – o czym jednak będzie więcej kiedy oficjalnie ogłoszę koniec zmian. Powiedzmy, że trwa remont.

 

Ale to nie koniec zmian. Najlepsze dopiero przed Wami...

 

Ponieważ mam tendencję do przesuwania w terminie spraw, które powinnam załatwić, ale bez których nie umrę – postanowiłam coś z tym zrobić. Tak w ramach postanowienia noworocznego. Było ich kilka, ale te są dla mnie najważniejsze: systematyczność w powziętych postanowieniach. Nie będę wymieniała całej listy czynności. Wystarczy, że napiszę: "Każdy czwartek nowy wpis". Jest to o tyle niefortunne, iż właśnie zaczyna się dla mnie sesja egzaminacyjna (chociaż ta oficjalna ma początek dopiero pod koniec stycznia) na obu kierunkach. Ale ja, na przekór, nie dodaję wpisu o mającej nastąpić przerwie. Ta trwa już zdecydowanie za długo. Tylko ten brak czasu...

 

Nie. Powiedziałam sobie: "Koniec! Basta!" I pomyśleć, że sprawił to jeden mały cytat...

 

"Czas jest wszystkim, co masz ... I pewnego dnia może się okazać, że masz go mniej, niż sądzisz."  z książki Randiego Pauscha "Ostatni wywiad".

 

I może rzeczywiście tak jest: zawsze wszystko się rozbija o to, czy mamy wystarczająco dużo czasu. Zawsze wydawało mi się, że nie mam go tyle, by wystarczyło mi na wszystko. Niezmiennie zrzucam winę na brak czasu, albo dlatego, że "brakło mi dosłownie pięciu minut". Hasła: "nie zdążę", czy "nie wyrobię się", znane bardzo dobrze studentom, którzy obudziwszy się z nauką na tydzień przed sesją, zarywają noce, by nadgonić czas (znane sformułowanie przeliczania czasu "tygodni/miesięcy na godzinę").

 

Fakt, czas to nie jest coś, co dane nam było w nadmiarze. Niektórzy twierdzą, że nie ma sensu gonić za nim, tylko odpuścić – niech cię wyprzedzi i ma z tego satysfakcję, a ty bądź po prostu szczęśliwy. Mogę się z tym zgodzić, pod warunkiem, że kiedy on mnie wyprzedzi w tym wyścigu, ja będę przekonana, że robię wszystko, by ten mój trucht do mety, był truchtem pełnym doświadczeń, szczęśliwym i jedynym w swoim rodzaju. Bo cóż z tego, że gonię jak głupia, z jęzorem do kolan, by stwierdzić, że brakło mi dziesięciu minut i czuć się z tego powodu nieszczęśliwą! Albo podjęłam nie do końca słuszną decyzję, albo nie byłam co do niej przekonana i teraz jestem sfrustrowana. To właśnie na to szkoda czasu.

 

Dlatego nie chcę teraz pisać, że będę stawać na głowie, by ("ten cholerny") post pojawił się w ("ten cały głupi") czwartek. Systematyczność to jedno, a możliwości – to drugie.

Teraz z moich rozważań jasno wynika... że w zasadzie jestem w kropce, czyli nie wynika nic. Otóż na całe szczęście nie ma tu żadnej zasady i sztywnych reguł, które by mnie dyskwalifikowały. Ale na szczęście mam Was (mam, czy nie? Odezwijcie się czasem...) i w tym miejscu chciałabym prosić o sygnały alarmowe – komentarze – które nakarmią moją Mobilizację i Wenę.

 * * *

 

kawa jamajska

A na pocieszenie opowiem Wam o nieprawdopodobnie cudownej kawie z Jamajki. Dojrzewa na zboczach gór, gdzie bardzo wolno musi dojrzewać, co nadaje jej cudowny, łagodny ale pełny smak. Może się spokojnie, bez pośpiechu rozwijać w ziarenku. Jest najbardziej ceniona przez Japończyków. I przez mnie. Żadna – póki co – nie dorównała jej. Jednak taka pełnia smaku, bez cienia goryczy i kwasowości ma swoją cenę. Najlepiej smakuje bez mleka, bo wtedy wyczuwalne są wszystkie nuty smakowe. A mleko je łagodzi, jak to ma w zwyczaju. Odniosłam wrażenie, że nadaje kawie bardziej mleczny posmak, niż innym rodzajom kawy. Jestem nią absolutnie zauroczona!

 

kawa jamajska

 

 



środa, 14 grudnia 2011

„(…) zdałem sobie sprawę, o co chodzi z tą całą odwagą. Ona jest w naszych głowach. Nie rodzimy się z nią, nie uczymy się jej w szkole, nie czerpiemy jej z książek. To sposób myślenia, i tyle. To coś, w czym ćwiczymy umysł. (…) Odwaga to wybór, którego dokonujemy.”

 

John Marsden “Jutro 2. W pułapce nocy”

 

W zasadzie każdy wybór jest związany z odwagą. Chyba, że wybieramy bierność. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Teraz mogę powiedzieć, cała prawda wyszła na jaw. Podejmowanie wyborów nie jest moją mocną stroną. Ci, którzy organizują już „enty” konkurs mają zapewne wprawę w tego typu sprawach. A ponieważ był to mój pierwszy konkurs, bardzo go przeżywam i najchętniej wszystkim wysłałabym prezenty. Ale to miał być konkurs, a nie rozdawnictwo, więc wybrać trzeba było.

Jak mówię: wybór był bardzo trudny. Z każdym kolejnym mailem byłam przekonana, że to właśnie on powinien wygrać. Ale kiedy pojawiał następny – już nie byłam taka pewna.

Często kurtuazyjnie jury na wstępie zaznacza, jaki miała trudny wybór i jak wysoki poziom reprezentowały nadesłane prace/ uczestnicy itp. Ja nie robię tego, by stworzyć pozory, iż wszyscy na równi stanęli na wysokości za dania. Wiele maili było bardzo emocjonalnie napisanych. Nie było w nich schematu, który pasowałby do każdego innego tego typu konkursu, co mnie bardzo cieszy. Co więcej, w tych mailach było tyle miłych słów, tak pochlebnych, że aż się momentami rumieniłam. Jak sami możecie zauważyć mój blog nie opływa w komentarze. Być może dlatego, że jest nieco inny niż typowy blog kulinarny. Jednak to, co mnie pozytywnie zaskoczyło, to pojawienie się osób, które właśnie dzięki temu konkursowi odkryło tego bloga. Może zatem zostaną w nim na dłużej...? Nie ukrywam, że byłoby mi niezmiernie miło!

Nie będę się przechwalać tymi superlatywami, które wypisywaliście w odpowiedzi na pierwsze pytanie – bardzo za nie dziękuję. Co do pytania drugiego, postaram się wziąć pod uwagę każdy zaznaczony przez Was minus. Nie zawsze da się coś z tym zrobić, ale postaram się – jeśli to utrudnia czytelność. Wiele uwag dotyczyło wyglądu bloga, a raczej pewnych jego elementów. Chcę zatem ogłosić wszem i wobec, iż wygrałam konkurs, dzięki któremu na blogu zajdą profesjonalne zmiany :). Mam nadzieję, że znikną wówczas niedogodności, które najczęściej zaznaczaliście.

 

A teraz wyniki...

(... aż się sama zaczęłam denerwować)

 

... Mam dwóch zwycięzców. Te dwie osoby dostaną nagrody, o których wspominałam.

I miejsce otrzymuje... Little Owl! Do Ciebie poleci książka.

II miejsce zajęła... zajął (jak ja mam to odmienić tutaj, hę?) ... Smaczny Dom, „do którego” poleci pomadka oliwkowa.

 

Ale, ale...

Tak naprawdę detale zadecydowały o tym, kogo postanowiłam nagrodzić. Niektórym z Was tak niewiele brakowało do zwycięstwa, że postanowiłam przyznać wyróżnienia (nie chcę tu używać formy „nagrody pocieszenia”, by one nie mają pocieszać; chcę Was wyróżnić!).

 

Wyróżnienia otrzymują (będą to nagrody-niespodzianki) :

    • Kaś,

    • Ania Włodarczyk,

    • Julia.

 

 książkapomadka oliwkowa

 

 

Ze wszystkimi w/w skontaktuję się mailowo, a nagrody wyślę do najbliższego piątku.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w tym moim premierowym konkursie. Maile od Was sprawiły mi niesamowitą radość!

 



sobota, 10 grudnia 2011

„Mówią, że pierwsza rocznica to coś tak wspaniałego jak plastyk, papier czy glina...”

Danielle Steel, "Nadzieja"

 

urodziny

Przetrwałam próbę czasu. We wtorek, 13 grudnia, mija rok od momentu założenia tego bloga. Ale także jest to rocznica. Dokładnie tego dnia roku 1981 wprowadzono stan wojenny w Polsce i jest to najbardziej znana rocznica, którą obchodzi się corocznie. Zapominamy o innych ważnych – przynajmniej z mojego punku widzenia, jako historyczki. Weźmy na ten przykład fakt, iż to właśnie 13 grudnia 1831 roku Sejm ogłosił powstanie listopadowe, jako narodowe. Na świecie również miały miejsce ważne wydarzenia. W 1545 roku rozpoczął obrady Sobór Trydencki. Powinniśmy go kojarzyć z wprowadzeniem reform w Kościele i zapoczątkowaniem tzw. kontrreformacji. 1642 rok przyniósł odkrycie Nowej Zelandii. Przypisuje się to Abelowi Janszoonowi Tasmanowi. W 1974 roku proklamowano utworzenie Republiki Malty.

Dzięki prowadzeniu tego bloga (jego charakter i forma nieco się zmieniły przez ten czas) wiele się nauczyłam o gotowaniu, pieczeniu i tworzeniu w kuchni swojej przestrzeni życiowej. I jest to dla mnie bezcenne. Poznałam wielu ludzi, których pewnie w życiu nie ujrzę na oczy i ten fakt wcale mi nie przeszkadza. Są dla mnie wsparciem. Zwłaszcza, kiedy przychodzi moment kryzysu (było ich więcej niż jestem w stanie policzyć je na palcach...). Nagle ktoś – zupełnie bez świadomości, że morduje mnie od środka chęć zamknięcia tego „interesu” - daje mi porządnego kopa, który doładowuje moje ego pozytywną energią. I to sprawia, że na nowo rozpala się we mnie przekonanie, że jednak powinnam to ciągnąć. Najczęściej wtedy wpadałam na odkrywczy pomysł „remontu kapitalnego” i najczęściej zmieniałam wszystko na blogu. Całkiem niedawno zmieniłam nawet charakter zamieszczanych postów, które teraz wyglądają jak małe artykuły. Teraz, to wszystko ma sens – odnalazłam się w tym, bo robię to, co lubię: pichcę i piszę. Jeszcze gdzieś powinnam znaleźć miejsce na śpiew, ale na blogu jest to raczej niewykonalne...

 Wzięło mnie na wspominki, to prawda. Poczułam się prawie jak na gali rozdania Oscarów - „Dziękuję moim rodzicom, sąsiadom, złotej rybce i wszystkim, dzięki którym tu stoję...!” - i tu głos mi się załamuje, a z oczu płynął łzy, które nie rozmażą wodoodpornego makijażu.

Ja co prawda nie mam za co dziękować sąsiadom i nie mam też złotej rybki, ale podziękować bym chciała. W szczególności tym, którzy stoją za mną murem, bym gotowała, piekła i pichciła nadal. I tym, którzy zostawi(a)li na w Walce w Kuchni jakiś ślad po sobie.

Przez ten rok, brałam udział w wielu konkursach organizowanych przez blogerki i niejednokrotnie udało mi się coś wygrać. Nigdy się na blogu tym nie chwaliłam. Teraz stwierdziłam, że na koniec, w ramach podsumowania, pochwalę się tym, co udało mi się wygrać. Ale nastąpi to w faktyczną rocznicę, czyli 13 grudnia (wtorek).

Zapytacie pewnie: To po jakiego grzyba piszesz o tym wszystkim teraz? Mam swój powód. Kiedy wygrałam pierwszy konkurs, postanowiłam sobie, że w ramach pierwszej rocznicy – i mam nadzieję, że nie ostatniej – zorganizuję k o n k u r s. Nadeszła i ta chwila. Konkurs będzie prosty, a nagrody możecie zobaczyć na zdjęciach: książka Gabriele Lehari „Oliwa i oliwki. W kuchni, dla zdrowia, dla urody” oraz – w sam raz na zimę – oliwkowa pomadka do suchych ust.

oliwa i oliwki

pomadka oliwkowa

 

Jak widzicie wszystko w tonacji oliwek. Mam nadzieję, że Wam się podobają i zechcecie o nie zawalczyć. Zawalczyć – za dużo powiedziane, bo zadanie konkursowe jest naprawdę proste. W szczególności dla tych, którzy mnie odwiedzili Walkę w Kuchni chociaż raz.

 

Zadania konkursowe (spełnić należy oba warunki):

1. Należy zostawić komentarz na blogu – w zasadzie obojętne pod jakim wpisem (nie liczą się dodawane przed 10.12.2011 r.). Należy jednak oprócz treści komentarza – który, mam nadzieję, nie będzie sprowadzał się do: „Bardzo fajny przepis” - że bierzecie udział w konkursie „Obchodzę roczek”.

2. Należy wysłać na maila mollisia@gazeta.pl odpowiedzi na dwa pytania:

    • Co podoba Ci się w Walce w Kuchni? Jaki przepis (post) podoba Ci się najbardziej?

    • Co byś zmienił/a w Walce w Kuchni?

W szczególności cenne będą dla mnie odpowiedzi na drugie pytanie. Bo tylko w części ten blog jest dla mnie. W większej części – dla Was, więc liczę się z Waszym zdaniem.

Na maile czekam do 13 grudnia, do północy. W zasadzie, jeśli zdarzy się Wam wysłać maila później w nocy – zaznaczcie w nim, gdzie zostawiliście komentarz i pod jakim nickiem, bym mogła to sprawdzić. Wyniki opublikuję na blogu we środę – może nawet późno w nocy – bo zapowiada mi się trudny tydzień.

Wyłonię dwóch zwycięzców. Za I miejsce – książka, za II – pomadka ochronna do ust. Liczę na Waszą kreatywność i liczny udział.

 

Powodzenia!


______________

1 zdjęcie: http://demo.prosklepy.pl/image.php/zdjecie.jpg?width=800&height=600&type=znak&image=/babeczka.jpg

piątek, 09 grudnia 2011

Szpital to nie miejsce na chorowanie, jak stwierdził Samuel Goldwyn. Ja od siebie mogę jeszcze dodać, że do chorowania w szpitalu trzeba mieć po prostu końskie zdrowie...

Ale nie zaczynajmy od końca. Na początku był ból. Ból głowy. Potem poleciała cała masa najrozmaitszych środków przeciwbólowych, których po czasie mój żołądek nie chciał przyjmować. Aż po trzech dniach (może nie doszukujmy się niepotrzebnej symboliki...) kategorycznie stwierdziłam, że ból – w formie niezmienionej – szaleje w mojej głowie i ani myśli przestać. Nie ustępował nawet pomimo tej dawki proszków, którą mu zaserwowałam. Jak się okazało, tzw. lekarz rodzinny nie przyjmuje w poniedziałki. Mogłabym odpuścić, ale skoro już zdecydowałam się na wizytę i badanie... pojechałam do szpitala, niech mnie w ambulatorium przebadają, dadzą receptę na jakiś mocniejszy przeciwbólowy i „cześć pieśni”. Niestety był to dopiero początek. Od razu stwierdzili u mnie objawy groźnej choroby i w tempie niemalże ekspresowym – a to się nie zdarza – zostawili mnie na oddziale neurologicznym. A ja sądziłam, że zdążę jeszcze na pierwsze zajęcia z fonetyki. Jak się miało potem okazać, nie poszłam nawet na dwoje następnych.

Punkcją do kręgosłupa uziemili mnie na całą dobę, a tak na dobrą sprawę na kolejny tydzień, gdyż skutki (tzw. zespół po punkcyjny) mogą się wlec za człowiekiem jak smród – dość długo i uciążliwie.

I tak, jak to w szpitalu, życie toczyło się od posiłku do posiłku, na które nie miałam apetytu, co było spowodowane bólem. Dopiero niewielką poprawę dostrzegałam po dożylnym, silnym przeciwbólowym zastrzyku. Czasem pojawiło się jakieś badanie, jakaś konsultacja czy kroplówka. Ale diagnozy, jak nie było – tak nie ma do teraz. Wszystkie badania (jeszcze wyniku jednego nie znam, ale podobno „na oko” można powiedzieć, że jest w porządku) mają status: „bez (widocznych) zmian” lub „w normie”.

Po półtorej tygodnia, umordowana po szpitalu, wymęczona kilkugodzinnym czekaniem na wypis, lekko spuchnięta po zastrzykach nieco zatrzymujących wodę w organizmie, wróciłam do domu. Jeszcze mam tydzień tzw. rekonwalescencji, więc staram się nadrobić zaległości i sama znaleźć przyczynę bólu. Tej pewnie jeszcze długo mogę nie odkryć. Ale może sposób się znalazł – masaże i fachowy masażysta. Od razu stwierdził, że połowa mięśni przykręgosłupowych, barków czy szyi jest makabrycznie ściśnięta i zaserwował mi genialny masaż, choć nie było to nic relaksacyjnego. Czekam na rezultaty, które pewnie dopiero zobaczę po czwartym masażu. Już nie mogę się doczekać!

Tymczasem w domu nie jestem w stanie jeść, jak należy, a nawet gotować [sic!]. Dlatego moje kuchenne „szaleństwa” ograniczyłam do sporządzania herbaty – co i tak jest sztuką. Tym razem nie pijam zwykłej, czarnej herbaty, ale raczę się sypaną Earl Gray, czarną „hiszpańską mandarynką”, zieloną o smaku „kaktusa z żurawiną” i także zieloną o tajemniczej nazwie „uroki lasu”. Te cztery herbaty dostałam z internetowego sklepu SzlachetnySmak.pl. Wraz z nimi przyszła też kawa z Peru. Teraz nadszedł czas, by wypowiedzieć się na ich temat...

szlachetnysmak.pl

W pierwszym dniu po powrocie ze szpitala brakowało mi prostej, szlachetnej, mocnej herbaty z charakterem. Byłam zmęczona słabą, pozbawioną smaku, lekko zabarwioną szpitalną herbatą, z której w końcu zrezygnowałam na dobre. Otworzyłam pudełeczko i wyciągnęłam opakowanie z przysłaną mi herbatą Earl Gray. Pomyślałam, że ten klasyczny i wyrazisty smak przywróci mnie do rzeczywistości.

herbata earl gray

Sypnęłam łyżeczkę do kubka i zalałam zagotowaną wodą. Potem przykryłam na kilka minut spodeczkiem, by lepiej się zaparzyła. Zapach, jaki się uniósł po tym, jak zdjęłam spodek był zniewalający a przy tym intensywny. Zaciągnęłam się nim i zamknęłam oczy. Wszystko, czego mi było trzeba, to wygodnego krzesła i książki. Ten typ herbaty nie wymaga ognia w kominku i koca. Jest dostojny, jak angielska five o'clock. Wymaga spokojnego delektowania się smakiem, jaki daje Earl Gray. Upiłam pierwszy łyk. Porządna herbata nie może smakować gorzej niż pachnieć, pomyślałam sentencjonalnie. Smak był wyrazisty – jak zapach. I pachniał jak tylko może pachnieć herbata, którą pito w czasach „bostońskiego picia herbaty” (bywa też nazywane „bostońską herbatką” z ang. „The Boston Tea Party”) - w 1773 r. Oczywiście, wydarzenie to wcale nie wiązało się z piciem, a z utopieniem herbaty przez brytyjskich kolonistów w ramach buntu wobec nakładanych przez metropolię (Wielką Brytanię) podatków na... herbatę (The Tea Act) przypływającą do Stanów Zjednoczonych. Całe to zdarzenie mogłam sobie wyobrazić doskonale. Byłam przekonana, że właśnie Earl Gray mogło się wówczas pić.

hertaba earl gray

Następnego dnia spadł śnieg. Biały puch pokrył drzewa i trawę w ogrodzie. Przez kilka godzin – zanim nie stopniał – było bardzo bajkowo i jasno. Wciąż senna zeszłam do kuchni w piżamie i postawiłam wodę w czajniku. Czekając aż się zagotuje zastanawiałam się, jaka kawa w taki poranek byłaby najlepsza. Mimo, iż pogoda nastrajała świątecznie a przez to leniwie, trzeba było powoli brać się do życia. Tym razem sięgnęłam na coś z owocową nutą. Wyjęłam zieloną herbatę, która wśród licznych właściwościach (oczyszczających, odmładzających, odchudzających...) ma też te łagodnie – ale długotrwale – pobudzające. Coś w sam raz dla mnie: zielona zatytułowana „Kaktus i żurawina”.

herbata zielona

Odczekałam, aż woda ostygnie do około 80*C i zalałam ¼ łyżeczki. Na „sucho” pachniała bardzo intensywnie kaktusowo. Obawiałam się jednak, że smak może być słabszy. Tymczasem ku mojemu zdziwieniu, herbata okazała się naprawdę bardzo wyraźnie kaktusowa. Brakowało mi jedynie zapowiadanej nuty żurawiny. Gdzieś w tle minimalnie wyczuwałam jej lekką cierpkość. W gruncie rzeczy jednak była zbyt delikatna. Dlatego sięgnęłam po słoiczek własnoręcznie robionej konfitury i dodałam pół łyżeczki. Połączenie okazało się wyborne: lekko kwaskowe, orzeźwiające, a wszystko to na bazie zielonej herbaty. Piłam ją, obserwując biały ogród i płatki śniegu, które swobodnie leciały z nieba. Na dworze zima pełną parą, a w filiżance małe „ciepłe kraje”.

herbata1

Środa już z samego rana rozczarowała mnie pogodą pt.: „środek listopada”. Deszcz, szare niebo i wiatr. Okropność. I wystarczyło, bym do kuchni weszła z zachmurzoną miną, zniechęcona do wszelkiej aktywności, nieważne czy ruchowej, czy umysłowej. I pewnie cały dzień przeplątałabym się w poszukiwaniu natchnienia do życia, gdyby nie mój odruch porannego picia herbaty. A co mi tam. Jak mam tak się przeturlać z kąta w kąt, to już lepiej siąść przy stole i wąchać świeży zapach mandarynek, pomyślałam. I wtedy przypomniałam sobie o „hiszpańskiej mandarynce”, którą dostałam od SzlachetnegoSmaku.pl.

herbata czarna

Włączyłam czajnik, a czekając aż woda się zagotuje, wąchałam egzotyczny zapach mandarynki. Wrzątkiem zalałam czarną herbatę, pachnącą słodką, hiszpańską mandarynką. Aromat jednak nie był tak intensywny, jak oczekiwałam, ale i tak najważniejszy był smak. Dałam się jej porządnie zaparzyć przykrywając spodeczkiem. Zniechęcona niemrawą pogodą usiadłam z „hiszpańską mandarynką” przy stole. Pociągnęłam duży łyk. Niestety oczekiwałam intensywnego smaku, którego nie było. Była nuta. Jednak moje rozczarowanie pod koniec picia, zmieniło się: zbyt intensywny smak mandarynki, mógłby przytłaczać, jak zbyt duża dawka wanilii. Delikatność smaku sprawiła, że za kilka godzin znów zaparzyłam ją sobie i piłam zagryzając cząstkami mandarynki. Było to idealne połączenie: nie ciastko, a właśnie ten owoc.

herbata czarna

Kolejny dzień rozpoczął się refleksją. Tydzień zbliżał się ku końcowi, a zaległości na uczelni (jednej i drugiej) nie maleją. Wręcz przeciwnie. Postanowiłam więc zrobić plan pracy. Zapowiadało się długie siedzenie nad książkami. To się kręgosłup ucieszy, pomyślałam ironicznie, głowa zresztą też... Teraz trzeba było przysiąść z rozbudzoną głową, więc wypiłam delikatną kawę z dużą ilością mleka i ruszyłam z kopyta. W południe jednak kręgosłup zaczął się domagać zmiany pozycji. Pomyślałam więc, że przejdę się do kuchni i zrobię sobie dobrą herbatę. Aby oczyścić głowę ze zmęczenia postawiłam na zieloną. Tym razem „uroki lasu”.

herbata zielona

Zapach miała nieziemski: intensywny, orzeźwiający i bajkowy. Pierwszym moim skojarzeniem były krasnoludki i cudownie kolorowy las pełen pełen dziko rosnących owoców – malutkich, ale bardzo aromatycznych. Odczekałam, aż zagotowana woda ostygnie i kiedy miałam około 80*C zaparzyłam herbatę. Zauważyłam, że jako jedyna miała całe liście, które w suche formie były zwinięte, dlatego dałam je tylko trzy. Do tego zauważyłam pływające cząstki poziomek, niebieskie płatki chabra i żółte, ale nieznanego mi pochodzenia. Ta forma wydała mi się bardzo elegancka: liście pięknie się rozwijają w czasie zaparzania i do tego te kolory sprawiały, że herbata wydawała się radosna. Po pierwszym łyku wiedziałam, że to będzie moja ulubiona herbata. Przed oczami stanęły mi soczyście zielone, bujne drzewa, wysokie paprocie... prawie poczułam charakterystyczny, wilgotny zapach jaki niesie każdy gaik. Brakowało mi tylko śpiewu ptaków. Herbata naprawdę smakuje lasem. Ale czuje się tylko to, co w nim najlepsze – uroki, więc nazwa jest bardzo adekwatna. Teraz, naładowana pozytywną energią mogłam wrócić do dalszej pracy. Z uśmiechem.

herbata zielona

I nadszedł piątek. Zimny i okropny. Zaparzyłam sobie najzwyklejszą herbatę i dolałam zrobionego przez babcię soku z malin. Po pierwszym łyku zrozumiałam, że dzień zacznę od telewizora pod kocem. Trudno. Dziś nie byłam w formie. Wyjątkowo wczesnym popołudniem mama wróciła z pracy. Też nie była dziś u szczytu swej formy, więc usiadłyśmy razem przy stole i patrzyłyśmy każda w swoją dal, lekko zawieszona. Po chwili poczułam, że to bezproduktywne kiszenie się należy przeobrazić w twórczą rozmowę. Wystarczyła tylko filiżanka dobrej kawy. Przecież SzlachentySmak.pl przysłał mi jeszcze kawę z Peru.

kawa z Peru

Mama entuzjastycznie przyjęła moją propozycję wspólnej chwili na kawę i niebawem obie krzątałyśmy się nieśpiesznie wokół ekspresu. Zapach zmielonych ziaren był jakby owocowy i nieco kwaskowaty, ale nie mogłam wyczuć tej nuty, która pozwoliłaby mi określić to precyzyjniej. Kiedy rozlałam kawę do filiżanek, postanowiłyśmy tym razem nie mieszać do tego mleka, by cieszyć się smakiem. Ten okazał się nie być bardzo intensywny, łagodny ale wyraźnie inny niż tak, którą pijam. Po kilku łykach obie z mamą doszłyśmy do wniosku, że ta niezidentyfikowana dotychczas nuta, to pomarańcza. I to też sprawia, że ma kwaskowaty posmak, ale nie jest kwaśna. Jest nienachalna i zwyczajnie smaczna. Nie spodziewałam się, że aż tak mi zasmakuje. Jednak nieprzyzwyczajona do picia czarnej kawy – zbyt gwałtownie skacze mi ciśnienie (a mam bardzo niskie) – sięgnęłam w końcu po odrobinę mleka. Kawa – co prawda – dalej była smaczna, ale już mniej odczuwałam ten charakterystyczny pomarańczowy odcień smaku kawy.

kawa z Peru

Niewątpliwie wszystkie herbaty, a także kawa umiliły mi czas „rekonwalescencji poszpitalnej” i sprawiły, że codziennie czekała na mnie mała niespodzianka: smak, który miałam odkryć zaparzając sobie jedną herbatę i na końcu kawę.

szlachetnysmak.pl

Przytłacza mnie myśl, że – wciąż borykając się z bólem głowy, a teraz jeszcze kręgosłupa – w poniedziałek będę musiałam wrócić do swoich dawnych obowiązków i to na pełen etat, że tak powiem. A to oznacza cały dzień w drodze – między jedną uczelnią w moim mieście i drugą, w Krakowie. Już mi się z nerwów coś mi się w żołądku skurczyło, jak w sytuacji stresowej. Dobrze, że jeszcze zostało mi trochę tych herbat od SzlachetnegoSmaku.pl, to może uda mi się przetrwać nadchodzący tydzień...



niedziela, 27 listopada 2011

R: ...ale sałatki to tak symbolicznie poproszę...

M: Bo?

R: Przecież wiesz, że facet musi mieć na talerzu konkret...

M: Jak to nie jest konkret...! Zawartość witamin, minerałów i tak dalej jest dużo konkretniejsza w mojej sałatce niż w twoim mięsie.

R: (patrzy podejrzliwie) No nie wiem... Nie jestem przekonany...

Po posiłku...

R: A wiesz, że ta twoja sałatka to nawet pożywna była. A nie powiedziałbym...

 

muffinki z selerem

Wilk syty i owca cała. Ale nie zawsze tak to wygląda. Często zastanawiałam się, czy tylko ja mam taki problem, by mężczyznę przekonać do warzyw. Owszem, są takie warzywa, które zje. Ale niestety jeszcze daleko mu do statusu: „dieta bogata w warzywa”. Wydają się mało sycące, często o strukturze wiotkiej, mało konkretnej. A co więcej, wciąż w wielu domach stanowią symboliczny dodatek do dania złożonego ze słusznej porcji mięsa (najczęściej ogromny płat schabowego) i trzech kulek ziemniaków. Trudno się dziwić, że na standardowej wielkości talerzu zostanie teraz niewiele miejsca na „coś zielonego”.

niejadek

Przemyślałam sobie tę kwestię, gdyż zastanawiały mnie takie kolosalne różnice (widoczne przede wszystkim w proporcjach na talerzu) między moją a Mojego R. wersją tego samego obiadu. Okazało się (po szczegółowo przeprowadzonym śledztwie), że wyniesione z

domu nawyki jedzenia poszczególnych potraw są w nas tak głęboko zakorzenione, że często bardzo wiele wysiłku trzeba włożyć, by je zmienić. A ponieważ to jednak najczęściej kobieta stoi na straży codziennego menu, to od niej zależy jak się w domu będzie jadło. U mnie zawsze kr

ólowały sałatki – na obiad podawano trzy rodzaje. Inna rzecz, że w moim domu przeważały (i nadal przeważają) kobiety – mama, ja z siostrą, brat i tata. Trzy do dwóch. Przewaga o tyle większa, że my z siostrą podobne wiekiem, brat – zaledwie lat dziewięć.

W domu Mojego R. znacznie przeważali mężczyźni. A wszystkich było sześciu i jedna dziewczyna. Ponieważ pracowali fizycznie (w swojej firmie stolarskiej), zapotrzebowanie na duże ilości mięsa i sycących ziemniaków było ogromne. Nic dziwnego, że świeże warzywa szły na margines, jako prawie niepotrzebny dodatek.

Konfrontacja tych obu nawyków prezentuje się następująco: ja staram się jeść więcej mięsa, a Mój R. - warzyw. Nadal jednak są znaczne różnice. Na szczęście jeszcze jest czas. Ale czuję, że nawyki Mojego R. zmienią się po ślubie. Czyli za pół roku [sic!].

Prawdę powiedziawszy już teraz próbuję mu przemycać warzywa pod różnymi postaciami. I, co najlepsze – widzę postępy! Pomyślałam: „To jest jakiś sposób, by pokazać warzywa z innej strony...”. Dlatego ruszam z kolejnym cyklem „Dania kamuflażu”. Oczywiście, tak jak pozostałe cykle, nie będzie zbyt regularny, w końcu nie będę kamuflowała każdego posiłku.

muffinki z selerem

Robiłam już kiedyś chleb szpinakowy. A szpinak to jeden z najbardziej znienawidzonych przez Mojego R. warzyw. Chleb jednak został absolutnie wyniesiony na piedestał. Był to jeden z moich największych sukcesów z tej dziedziny.

Ostatnio jednak posunęłam się do czegoś bardziej ryzykownego. Do muffinek z selerem i orzechami. Pochłonął ich sześć pod rząd zanim dowiedział się, że w środku jest seler. Oczy jego wcale nie zrobiły się okrągłe jak pięciozłotówki ze zdziwienia. Jedynie między jednym kęsem na drugim powiedział: „Nie pamiętam, żeby tak smakował seler...” i „wyśmienite”. Czego chcieć więcej?



Muffinki z selerem i orzechami

Składniki:

"suche":

  • 2 szklanki mąki pszennej
  • nie całe pół szklanki cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenie
  • szczypta soli
  • łyżeczka cynamonu

"mokre":

  • 100 g roztopionego masła
  • 2 jajka
  • pół szklanki mleka
  • pół szklanki maślanki

nadzienie:

  • pół selera średniej wielkości startego na drobnych oczkach
  • małe jabłko, obrane i starte na większych oczkach
  • garść orzechów włoskich pokrojonych dość drobno

polewa cytrynowa:

  • sok z połowy dużej cytryny
  • 1,5 łyżeczki cukru pudru

 

muffinki z selerem

Wykonanie:

1. W jednej misce łączymy suche składniki. Bardzo dokładnie. To, co się da - przesiewamy.

2. W drugiej łączymy tzw. mokre składniki. Te też muszą być dokładnie wymieszane.

3. Mokre wlewamy do suchych i energicznie mieszamy. Nie musi być bardzo dokładnie, choć starajmy się, żeby raczej wszystko się wymieszało. Pamiętajmy jednak o tym, by krótko mieszać.

4. Kiedy mokre połączyły się z suchymi, dodajemy seler (uprzednio wymieszany z jabłkiem) i orzechy. Mieszamy, by składniki "nadzienia" połączyły się z ciastem.

5. Nakładamy do foremek/ papilotek/ formy do 3/4 wysokości.

6. Stawiamy do piekarnika nagrzanego do 190* na 25 minut.

// Ta ilość ciasta pozwala zrobić 12 dużych muffinek. U mnie są małe z "ikeowskiej" formy, więc wyszło ich 24. Niestety ciasto musiałam przetrzymać w lodówce, co rzutowało na czas pieczenia. Tzw. "drugi rzut" siedział o 10 minut dłużej w piekarniku.//

7. Polewę robi się bardzo szybko: sok z cytryny łączymy dokładnie z cukrem pudrem. Uwaga: nie będzie to biały lukier, ale przeźroczysty i lśniący po zaschnięciu.

8. Nakłuwamy długą wykałaczką (jest grubsza) upieczone muffinki do 2/3 wysokości (ze cztery równomiernie od siebie oddalone  dziurki). Smarujemy polewą dość grubo, by spłynęła przez otworki. Po zastygnięciu są gotowe do spożycia.

 

muffinki z selerem

 

Smacznego!

 

rysunek: http://rysunki.bardzofajny.net

czwartek, 10 listopada 2011

Idą mama pomidor, tata pomidor i mały pomidorek. Pomidorek wlecze się z tyłu, więc zdenerwowany ojciec podbiega do niego, rozgniata i mówi: „Catch-up!” (gra słów: catch-up oznacza nie odstawaj, dorównaj, ale jednocześnie brzmi jak ketchup).

Pulp Fiction

 

Dość to było brutalne. A już na pewno nie ojcowskie.

Jednak dziś nie o tym. Dziś o pomidorze. Sama chyba muszę przyznać, że generalnie jestem miłośniczką warzyw (chyba w każdej postaci), ale przy wszystkich walorach przeróżnych, wymyślnych i dystyngowanych warzywach - prostota pomidora raczej nie przemawia na jego korzyść. Pospolity, o mało ciekawym wyglądzie... niepozorny.

 pomidor

Jednak wiem, że z tej "śmietanki" wśród warzyw, to właśnie jego wymieniłabym na pierwszym miejscu. Co więcej - raczej długo, długo nie ma dla niego konkurencji i potem na jakimś 5-tym miejscu byłby szereg warzyw, które uwielbiam ale w rankingu są na podobnej pozycji - daleko za pomidorem.

Jest w nim jakaś magia, to na pewno. Zapach pomidora, to zapach lata, a jego smak - to smak pieszych wycieczek. Zajadanie się świeżymi warzywami to jedna z tych niewielu przyjemności, na które sobie pozwalam.

A ponieważ to właśnie pomidor jest moją miłością, postanowiłam (i dla Was i dla siebie) nieco przybliżyć sobie jego postać. A to, czego się dowiedziałam tylko pogłębiło uczucie, które do niego żywię.

Tak naprawdę pomidory w Polsce pojawiły się koło XV w. Może nawet początkiem XVI, bo Krzysztof Kolumb przywiózł je z Ameryki końcem XV. Ale to był na zachodzie Europy, więc w Polsce automatycznie - później. Ciekawe jest jednak to, że początkowo był jedynie ozdobą na stołach. Dopiero z czasem zaczęto z niego przygotowywać sosy i tak odkryto jego walory smakowe.

Natomiast jego właściwości poznano dużo, dużo później. Wiemy, że najbardziej znany jest z dużej ilości likopenu. A im "dotkliwsza" dlań obróbka termiczna, tym łatwiej jest on przyswajalny przez nasz organizm. Czymże jednak jest ów likopen? Najkrócej, jest to naturalny barwnik czerwony. Jest on najsilniejszy ze wszystkich przeciwutleniaczy, których nasz organizm nie umie sam wytworzyć, więc musimy mu je podać z zewnątrz. Co więcej: zapobiega zawałom serca i rozwojowi miażdżycy. Są przesłanki, że zmniejsza ryzyko zachorowania na raka szyjki macicy, a już na pewno na raka prostaty. Ważnej jednak, by jeść przynajmniej 1 pomidora dziennie, żeby likopen mógł pomóc.

Oczywiście zawie

ra on szereg witamin i pierwiastków mineralnych. Witamina C króluje, bo jest jej taka ilość, która pokrywa dzienne zapotrzebowanie w 60%. Sporo (25% dziennego zapotrzebowania) ma też witaminy E czy beta-karotenu (drugi silny antyoksydant). Dalej w kolejności mamy witaminy z grupy B (czyli sprawy związane z układem nerwowym), wit. PP, która wpływa na metabolizm cukru i cholesterolu we krwi i wit. K, mająca właściwości przeciwkrzepliwe. Jeśli chodzi o pierwiastki, pomidor ma też sporo wapnia, żelaza, potasu i magnezu, a to oznacza, że idealnie wpisuje się w sytuacje stresowe, jako "czynnik łagodzący". Pozbawieni magnezu czy żelaza jesteśmy ospali, źle kontaktujemy i trudno nam się skupić na pracy umysłowej przede wszystkim.

Żelazo ułatwia transport tlenu we krwi, co zapewnia nam dotlenienie. Jeśli jednak chodzi o potas, to nie sprawia on, że jesteśmy bardziej energiczni, ale jeśli nam go brakuje, odczuwamy osłabienie, co może prowadzić do zasłabnięcia. A ponieważ wraz z potem wydalamy go najwięcej, należy dbać o jego uzupełnianie, zwłaszcza podczas upałów.

Ale tu nie koniec zalet. Będzie chwilka dla tych, co to dbają o linię. Pomidory jeść należy. I to nawet w dużych ilościach - całkowicie bezkarnie dla naszej figury. Ma on bowiem 15 kcal w 100 g. To naprawdę dietetyczne warzywo. Co więcej - to głównie woda, a nie np mocno "ubite" białko. Poza tym zawiera dużo (uwaga! przejście dla Sławy) błonnika, czyli czujemy się po nim bardziej syci.

Podobno jednak pomidory uczulają. Może. Jedynie co mi pozostaje napisać, to to, żeby w ciąży się powstrzymać od ich jedzenia i podczas karmienia, a także wprowadzać do diety dziecka powoli. To powinno wystarczyć, by nie miało problemów z alergią.

Raczej należy też unikać łączenia ich ze świeżym ogórkiem. Witamina C jest bardzo wrażliwa, a związki zawarte w ogórku niszczą ją. Ale jest na to rada: wystarczy przed połączeniem wymieszać je z oliwą z oliwek, która ochroni witaminę.

 

* * *

Jak już wspominałam, jeśli chodzi o drogocenny likopen, bardziej przyswajalny będzie z ketchupu niż ze świeżego pomidora. Dlatego powinniśmy spożywać też dużo przetworów pomidorowych. Bardzo dobrym przykładem jest koncentrat pomidorowy, z którego najczęściej robię zupę.

 

pomidorowa

Sami przyznacie, że zupa pomidorowa niewątpliwie może należeć do tego typu zjawisk, które mogły się "przejeść": znana od wieków i od wieków przygotowywana tak samo w każdym domu (albo bardzo podobnie), na stołówkach i jadalniach. I często po prostu rezygnujemy z niej na korzyść wykwintnej zupy cebulowej, chociażby (nic nie ujmując cebulowej, którą uwielbiam).

Najczęściej w moim domu gościła jedna wersja zupy pomidorowej. W pewnym momencie chwyciłam się pod boki i stanowczo zaprotestowałam przeciwko tej stagnacji: Kuchnia to nie tylko tradycja, ale też rozwój!, pomyślałam. Dobrze wiem, jak się robi tę "rodzinną zupę pomidorową". Jednak teraz postanowiłam odświeżyć smak.

 

Przetarta pomidorówka

Składniki na zupę:

  •  niecały litr wrzątku
  •  1/2 koncentratu 90g (u mnie Pudliszki)
  •  2 marchewki
  •  2 pietruszki
  •  kostka rosołowa
  •  (3 łyżki koncentratu pomidorowego jak musiałam jeszcze dodać, ale to zależy czy chcecie mieć mocno pomidorową zupę)
  •  1 mała cebula
  •  2 ząbki czosnku
  •  przyprawy: pieprz, chilli, kilka ziaren ziela angielskiego,

Wykonanie:

1. Do wrzątku wrzucam kostkę rosołową, obrane marchewki i pietruszki. Gotuję to miękkości.

2. Przecier pomidorowy rozcieńczam w 1/2 szklanki bulionu i dodaję do wywaru, uprzednio wyjmując z niego ugotowane warzywa.

3. Z odrobiną wywaru miksuję również i te warzywa.

4. Na patelni podsmażam pokrojoną dość drobno cebulkę, podlewając wodą. Ją również miksuję, gdy będzie gotowa razem ze sprasowanym czosnkiem.

5. Wszystko łączę i dodaję do wywaru - doprawiam w/w przyprawami.

6. Chwilę gotuję i już jest gotowa ;)

pomidorowa

Na tym etapie możemy zakończyć  przygotowywanie zupy - nadaje się już do jedzenia. Polecam jeszcze (wg mnie niezbędne) kładzione kluseczki, które są stworzone wręcz dla tej pomidorówki

Składniki:

  •  6 łyżek mąki,
  •  3 łyżki masła
  •  2 jajka.

Wykonanie:

1. Wszystkie składniki miksujemy. Konsystencja ma być "nielejąca". Raczej gęsta. Jeśli mamy za rzadką, dodajemy ciut mąki i masła (jeśli do zagęszczenia dodamy tylko mąki, kluski będą ciężkie).

2. Małą łyżeczką (najlepiej o tługim trzonku) nakładamy masę i energicznie zanurzamy w gotującej się zupie. Kluseczka ma się oderwać, a po chwili wpłynąć. Nie wlewamy klusek, a kładziemy je.

3. Chwilę gotujemy i wyłączamy.

I oto gotowa zupa w odmienionym wydaniu! Smacznego! :)

 

/Przepis w ramach konkursu na pomidorową Pudliszkową/


czwartek, 03 listopada 2011

„A więc zołza jest bardzo miła. Jest słodka jak brzoskwinia. Ale każda słodka brzoskwinia ma w środku bardzo twardą pestkę.”

Sherry Argov, „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”

 

 

Dlaczego akurat brzoskwinia?, zastanawiałam się. Słodkie są też inne owoce o twardych pestkach...

koktajl brzoskwiniowy

 

Jak się okazało porównanie to była najbardziej adekwatne.

Wszyscy wiedzą, że brzoskwinia jest nie tylko słodka w smaku, ale też miła w dotyku – ma omszoną skórkę. Poza tym nie bez kozery piękną, zdrową z wyglądu cerę nazywa się brzoskwiniową – owoce są pomarańczowe, lub mocno żółte z czerwonym rumieńcem. Warto też dodać, że w Chinach – skąd pochodzi i gdzie 4000 lat temu rozpoczęto jej uprawę (w Polsce znana od VIII w, ale nie była dość popularna) – otaczano ją niezwykłą czcią. Drzewka brzoskwiniowe malowano nawet na ścianach świątyń. Jednak szacunek ten wynikał prawdopodobnie ze strachu. Uważano bowiem, że brzoskwinia choć jest owocem bogów, jest przez nich przeklęta. Prawdopodobnie chodziło o twardą pestkę, której wnętrze (mały „migdał”) po rozłupaniu jest silnie trujące, co wykorzystywano do wykonywania wyroków śmierci.

 brzoskwinie

Wiemy jednak, że pestek brzoskwiń jeść nie należy. Za to miąższ jest dla nas bardzo wartościowy – zawiera głównie węglowodany, związki magnezu, fosforu, sporo witaminy C czy potasu. Ważna jest w niej obecność beta-karotenu, który w organizmie przekształca się w witaminę A. Witaminy grupy B, witamina PP, magnez, żelazo i wapń, troszkę boru, selenu, manganu, cynku, miedzi także możemy znaleźć w brzoskwini, która – co ważne – jest lekkostrawna. Nawet jej skórka.

 

Co prawda sezon na brzoskwinie skończył się jakiś miesiąc temu, wciąż jeszcze można je dostać. A warto w nie zainwestować. Ja sama, znudzona już „tradycyjną formą” spożywania owoców, postanowiłam przygotować z nich koktajl.

Domownicy przekonani, że koktajle wychodzą tylko z owoców bardzo soczystych i bardzo miękkich, byli mocno zdziwieni, kiedy okazało się, że i z tych owoców z pestką można zrobić koktajl i nie zniszczyć miksera.

 koktajl brzoskwiniowy

Aby nie było zbyt monotonnie, sięgnęłam po kilka różnych owoców (na 1 ogromną porcję, lub 2 mniejsze):

 

  • pół banana (zapewni mi słodycz i gęstość – wchłonie sok z brzoskwiń)
  • 5 śliwki węgierki
  • 3 polskie brzoskwinie (nie są tak duże; można ewentualnie 1 dużą)
  • 1 łyżeczka dżemu wiśniowego
  • 1 łyżeczka dżemu truskawkowego
  • 1 duża szczypta cynamonu
  • opcjonalnie trochę cukru/ miodu
  • ½ szklanki maślanki naturalnej

 

I zabrałam się za przygotowanie napoju bogów:

 

1) Obrałam ½ banana i pokroiłam na plasterki
2) Śliwki i brzoskwinie umyłam i wydobyłam z nich pestki.
3) Pokroiłam je bardzo drobno, na naprawdę malutkie kawałeczki.
4) Owoce wrzuciłam do miksera, dodałam po łyżce dżemu wiśniowego i truskawkowego.
5) Zalałam maślanką i doprawiłam cynamonem.
6) Wszystko zmiksowałam: najpierw na niewielkich obrotach, a kiedy już widziałam (a raczej słyszałam), że mikser poradził sobie z dużymi kawałkami – zwiększyłam obroty.
7) Ja już na końcu nie dosładzałam. Ale jak kto woli – najlepiej sprawdzić po zmiksowaniu, czy ten poziom słodyczy nam odpowiada, czy nie.

 koktajl brzoskwiniowykoktajl brzoskwiniowy

 

I w ten oto sposób powstał napój na bazie boskich owoców. Był delikatny, a jednak orzeźwiający i pobudzający. Człowiek od razu jaśniej myśli po takiej dawce witamin podanych w tak przepyszny sposób.



zdjęcie nr 2: http://www.foody.pl/

piątek, 23 września 2011

Czasem każdy przychodzi się zmierzyć z innymi. Stanąć w szeregu i zobaczyć siebie na tle innych. Jak wiele muszę się jeszcze nauczyć? Co jest moim atutem, który powinnam eksponować i a co słabym punktem, który powinnam schować?

Dość nieoczekiwanie zostałam wybrana (wśród szczęśliwej 20-tki na setkę) do drugiego etapu konkursu na portalu kuchnia.bobyy.pl . Jednak aby się w niej znaleźć należało jeszcze autoryzować blog. Tak czy owak, w drugim etapie jest jednak 15 osób. Ścisła czołówka. A to znaczy, że poprzeczka postawiona jest bardzo wysoko. Oczywiście, że się boję: I etap to była ocena jednego, wybranego przez siebie postu. Teraz w szranki stają całe blogi. 

Ale jest też możliwość wykazania, że internauci lubią dany blog i mogą na niego głosować. To jest niezwykle pocieszające: nie tylko Jury ma coś do powiedzenia.

I dlatego właśnie chciałabym prosić tych, którzy odwiedzają mój blog; dla których on coś znaczy... by kliknęli na ten żółty kwadracik. Im więcej kliknięć, tym lepiej. Niestety jedna osoba może raz zagłosować, podejrzewam.

Wystarczy kliknąć:

 

UWAGA!

Jeśli jednak okaże się, że link szwankuje - proszę próbujcie przez ten link: Mój blog na bobyy. Albo prościej - Lista blogów, gdzie znajduje się blog "Walka w Kuchni" i żółty przycisk "zagłosuj na ten blog".

 

Bardzo wszystkim dziękuję za "kliknięcia"! Każdemu osobiście podziękuję, jeśli w komentarzu pod tym postem zostawi jakiś ślad :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i blogi
gotowanie Lista Blogów Kulinarnych

Durszlak.pl Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...